Jak sobie poradzić z tym wypiździewem?

Zdajemy sobie sprawę, że czwarta rano to nie jest showtime i najlepszy czas na pisanie blogowych notek, ale od kiedy przypałętała się ta zawszona kurwa zdążyliśmy już posprzątać całe mieszkanie, klatkę schodową, a sąsiadom nawet odśnieżyliśmy samochody.

Jak ci sie nudzi, to mozesz zostac naszym fanem na Facebooku! (nie powoduje to absolutnie niczego ciekawego!)

Nie będziemy ukrywać, że nasze uczucia w związku z sytuacją meteorologiczną w kraju są dość ambiwalentne (jak ktoś to kiedyś ładnie wytłumaczył – ambiwalentne uczucia, czyli Joanna Senyszyn spadająca w przepaść jadąc nowiutkim Ferrari należącym do jednego z nas). Trochę cieszy nas to, że ktoś utarł nosa tym pierdolonym wodnikom szuwarkom, ale z drugiej strony – ile dni pod rząd można zamawiać pizzę?*

pierdolone wodniki szuwarki, osiem sztuk

Staroszkolne metody naszych babć to czapka, szalik, rękawiczki, oczywiście nie będziemy kwestionować w tym miejscu nauki naszych wielkich przodkiń, niemniej jednak świat i nauka idą do przodu, a tym samym – znamy dużo lepsze metody walki z przeszywającym mrozem.

1. Pół litra

Nie jest to szczególnie wyrafinowana metoda, ale to jest wojna, a więc liczy się przede wszystkim skuteczność. Kupujemy w sklepie pół litra dobrej wódki (przy okazji, dobra wódka to np. Smirnoff, Finlandia, Żołądkowa Gorzka, a nawet Absolwent – zapamiętaj nim następnym razem zechcesz się wpierdolić na naszą imprezę z Bolsem), a następnie pijemy wszystko za jednym zamachem (słabsi zawodnicy powinni sobie znaleźć partnera). Tym oto sposobem stężenie alkoholu we krwi stanie się odpowiednio wysokie, by zainteresowana osoba uodporniła się na zgubne efekty mrozu, gdyż jak wszyscy wiemy – wódka nie zamarza. Metoda ta dodaje także pewności siebie i odwagi, co jest niezwykle istotne w starciu z temperaturą dochodzącą do -20 stopni Celsjusza.

Efekty uboczne – idiotyczna inicjatywa lepienia bałwana (im więcej alkoholu, tym ambicje są większe, już 0,7l na dwóch u słabszych zawodników, czyli z naszej perspektywy większości polskiego społeczeństwa, wystarczy dla ulepienia iglo), ponadto możliwość przekimania w jakiejś zaspie, co jest ryzykowne, bo nigdy nie wiadomo obok kogo się obudzisz.

Metoda "Pół litra" bywa też potocznie nazywana "Na Jane Ahonena"

2. Tłuszcz zwierzęcy

Nic tak dobrze nie chroni przed odmrożeniami jak wysmarowanie się zwierzęcym tłuszczem (oglądamy dużo Discovery to wiemy). Odpowiedni tłuszcz zwierzęcy można znaleźć na przykład w sklepie spożywczym, ze swojej strony polecamy tłuszcz ryb, bowiem jest nie tylko zdrowy, nie tuczy, ale i zawiera zbawienne kwasy Omega-3, które z kolei regenerują wątrobę (patrz punkt 1.). Ponieważ najlepiej wysmarować się na całym ciele i w trudno dostępnych miejscach, a pomoc warto poprosić na przykład kolegę.

Efekty uboczne – jeżeli kolega zamiast zwierzęcego tłuszczu zaproponuje na przykład wazelinę, to nie szykuje się nic dobrego. Radzimy zastanowić się nad charakterem waszej znajomości.

3. Te, których nazwy nie wolno wymawiać

Choć kończąc szóstą/ósmą klasę szkoły podstawowej przysięgałeś, że to się już nigdy więcej nie powtórzy. Choć w twojej głowie żywe są jeszcze lata upokorzeń z lekcji W-Fu, dyskomfort u Twego wiernego przyjaciela i jego dwóch równie wiernych kompanów (sam Czesław Miłosz nie powstydziłby się tej metafory), godziny spędzone na kłótniach z mamą oraz nasza definicja śmierci cywilnej, w życiu każdego mężczyzny nastaje taki moment – wkłada kalesony.

Efekty uboczne – a co, jeśli ktoś zobaczy?! Po YMCA, Robercie Biedroniu i Tomku Jacykowie kalesony to nie tylko trauma z dzieciństwa,

dziś jest to także symbol wyzwolonego homoseksualizmu

4. Kąpiele w ciepłej Cherry

Nie każdy w życiu mógł dostąpić tego zaszczytu, pewne środowiska postrzegałyby to jako skrajne marnotrawstwo, w każdym razie nic tak dobrze nie robi na odmrożenia, a przy okazji cerę, jak kąpiele w dobrze podgrzanej Cherry Coke z odrobiną goździków i imbiru. Delikatnie musujące bąbelki oraz aromat świeżo zerwanych wiśni pobudzą każdego, po takiej kąpieli będziesz rozgrzany, zrelaksowany, a dzięki zawartej w Coli kofeinie – także zwarty i gotowy do dalszego działania.

Efekty uboczne – radykalne środowiska miłośników Cherry Coke mogą ci tego nie wybaczyć. Po kąpieli będziesz musiał wszystko wypić.

No dobra, może na tym zdjęciu nie do końca jest Cherry Coke, ale akcja rozgrywa się w Kraju Kwitnącej Wiśni, więc się liczy, ok?

5. Rzuć wszystko w pizdu i podróżuj do ciepłych krajów

Zdajemy sobie sprawę, że podróżowanie nie jest obecnie najtańszą z przyjemności, ale na pewno w ofertach last minute znajdzie się coś korzystnego. Grecja, Egipt, a najlepiej Nigeria to kraje, w których panuje obecnie optymalna temperatura. Idziemy zresztą o zakład, że cieplej jest nawet w Skandynawii (PO nawet globalne ocieplenie umie spierdolić). Analizując rynek biur podróży od kilku dni najbardziej atrakcyjne finansowo wydaje się być Haiti, ale ok – nigdy nie żartujemy sobie ze śmierci 200 000 osób – chyba, że chodzi akurat o sympatyków PiSu lub świadków jehowy.

Efektem ubocznym może być na przykład fakt opuszczenia ważnych egzaminów w sesji lub kilku dni w pracy. Poza tym H&M ma zajebistą zimową kolekcję, dla której nasze polskie, dobre galerianki zrobią

absolutnie wszystko

6. Jeśli nie możesz pokonać zimy…

… To ją polub! Wyjdź z przyjaciółmi na dwór i ulepcie bałwana. Pamiętaj, żeby robić to z przyjaciółmi, bo w pojedynkę – w najlepszym wypadku – wezmą cię za niezbyt rozgarniętego pedofila (biorąc pod uwagę, że w dorobku nie masz żadnych filmów, ani nigdy nie miałeś trójkąta z Jokerem, konsekwencje będą chujowe). Zima to także czas na sanki, a także wypad w nasze piękne polskie Tatry na narty (nie snowboard – ze snowboardzistami swego czasu to już Hitler powinien był zrobić porządek).

Katecheza #101: Ciekawostka z okazji niedzieli: choć jakieś 60% naszych czytelników to kobiety, jakoś tak wyszło, że ta notka brzmi jak pisana tylko do facetów. Sami nie wiemy czemu.

* – prawidłowa odpowiedź brzmi: 17. Badania naukowe wykazały, iż osiemnastego dnia żywienia się wyłącznie pizzą (rodzaj Capriciosa, producent Da Grasso Żoliborz) zaczynają pojawiać się pierwsze poważne dolegliwości i – co najgorsze – zaczyna się rodzić niechęć do tego pokarmu olimpijskich bogów, stworzonego na kształt doskonałości samego slońca.

[PILOT] Snowboardziści

I tak oto ruszył kolejny,  cudowny sezon zimowy. Kurorty turystyczne ochoczo otworzyły się na spragnionych emocji narciarzy, a ci zaś – jak co roku – najbardziej nie będą unikać ani niedźwiedzi, ani stromych stoków, ani trawy wystającej ze śniegu, ani nawet ratraka, tylko największej zakały zimowych przyjemności – snowboardzistów.

Wiecie kochani, nie ma nic złego w ludziach, którzy ogarniają, że deskę należy trzymać podczas zjazdu prostopadle a nie równolegle do stoku, nie ma nic złego w Jagnie Marczuaitis, która jakoś tam wygląda, nie ma nic złego w snowboardzistach, którzy przez cały boży dzień piją najtańsze wino jakie rasowi górale znaleźli w Żabce (dumnie zwane “grzańcem”) pod stokiem. Ale te wredne k***y, te patafiany, które wychodzą na stok, bo snowboard jest modny i przy okazji można zabić siebie i kilka osób z otoczenia?

Snowboard to piękny sport. Tak właśnie prezentuje go MTV, a debile wierzą, że w 10 minut będą robić coś takiego.

Snowboard to piękny sport. Tak właśnie prezentuje go MTV, a debile, które to oglądają naprawdę wierzą, że w 10 minut będą robić coś takiego.

Z badań przeprowadzonych przez reasearchowy ośrodek JakŻyć snowboardzistów w Polsce udało podzielić się na dwie grupy. Pierwsza z nich stanowi jakieś 95% jeżdżących na desce i nazwaliśmy ją “na odstrzał”.

Licznik:

Pierwszą atomówkę (nie tak) zrzucamy więc na różowe laseczki, które próbują się nauczyć jeździć, bo tak robią w Bravo i na MTV.

Drugą atomówkę zrzucamy na komputerowych geeków, którzy próbują sobie rekompensować brak życia modnym sportem.

Trzecią atomówkę zrzucamy na panów sportsmenów, którzy wprawdzie zajebali od rana dwóch narciarzy, rozpierdolili orczyk, spadli z wyciągu i wjechali w idiotę z RMF FM, ale przy każdej, absolutnie każdej możliwej okazji robią minę olimpijskiego mistrza snowboardu.

Czwartą atomówkę na facetów przeżywających kryzys wieku średniego. Człowieku! W takim wieku znajdujesz sobie młodszą o 20 lat żonę lub kupujesz Porsche, a nie starasz się zabić bogu ducha winnych ludzi na stoku.

Piąta atomówka dla kobiet po pięćdziesiątce. Wnuki spać prowadzać, a nie zgarniać dupą śnieg przez 10 metrów po każdych trzech metrach ujechanych na snowboardzie!

Niestety nie zawsze kończy się tak dobrze jak na tej fotce. Haha, ale zajebiście, wyjebałem się dziś tylko 25 razy i nikogo jeszcze nie zabiłem!

Niestety nie zawsze kończy się tak dobrze jak na tej fotce. "Haha, ale zajebiście, wyjebałem się dziś tylko 25 razy i nikogo jeszcze nie zabiłem!"

Aby oddać sprawiedliwość społeczną, całość sprowadzamy do wspólnego mianownika. A jest nim imponująca wręcz umiejętność do kurewskiego nieumienia obsługi snowboardu. Typowy snowboardzista niszczy stoki, zgarnia śnieg (a potem go je), śmierdzi potem, nie kontroluje deski, wypierdala się co 5 metrów, wypierdala innych ludzi co 3 metry, spada z orczyka, wpycha się do kolejki, wypierdala ludzi w kolejce bo sam nie umie się zatrzymać, a ponadto je śnieg i sika na śnieg na samym środku stoku.

Snowboard to piękny i trudny sport, jednak to, że tak mówi MTV czy Bravo absolutnie nie znaczy, jeszcze raz – absolutnie nie znaczy – że musisz go uprawiać. 95% snowboardzistów nie umie, a 90% nigdy się nie nauczy dobrze obsługiwać tak skomplikowanego urządzenia jak deska snowboardowa. Może więc w tej sytuacji warto przerzucić się na dużo prostsze w obsłudze narty?

Wisienką na przedkatechetycznym torcie będzie obraz typowego, polskiego snowboardzisty

Wisienką na przedkatechetycznym torcie będzie obraz typowego, polskiego snowboardzisty

Katecheza #1 [PILOT]: Nie jeździj na snowboardzie jeśli nie umiesz tego robić. Jeśli mimo wszystko chcesz się nauczyć to rób to w takich miejscach, gdzie przy okazji nikogo kurwa nie zabijesz.